Kategorie

  • Brak kategorii

*

ale się porobiło.
ale się porobiło…
zdaje się, że moje życie nie było do tej pory wystarczająco skomplikowane i postanowiło się jeszcze trochę zakręcić. i nie mam kompletnie pojęcia co dalej. tylko chyba na szczęście nie muszę mieć…
grunt, że jest lato. grunt, że są ciepłe wieczory, wypełnione świergotem jerzyków. latem wszystko jest lżejsze, jest trochę łatwiej. a to lato będzie wreszcie dobre, bo tak postanowiłam. nie będzie jak trzy ostatnie lata – złe i smutne. ono będzie dobre, aż do końca. a nawet jeśli będzie smutek, to będzie tylko domieszką, do całego koktajlu emocji, w większości pozytywnych. ten koktajl ma być słodki. koniec kropka.

*

ah w końcu! codziennie noszę się z myślą, że trzeba w końcu usiąść i napisać, ale za każdym razem robi się za późno i przekładam to na kolejny dzień. ale nie tym razem :)
a to wszystko dlatego, że lato zaczęło się w taki ciekawy sposób i ciągle się coś dzieje. no, wcześniej jeszcze był ostatni dzień wiosny i piknik, a potem ulewa, a potem już przyszło lato. to znaczy przyszło w kalendarzu, bo chyba nie można nazwać latem okresu, kiedy człowiek ciągle marznie i nie może założyć szortów. ale pamiętam, że czerwiec rok temu wyglądał podobnie. wtedy byłam maksymalnie zrozpaczona, to był najgorszy czas w moim życiu i dlatego też go zapamiętałam. chodziłam wtedy ciągle w grubym, brązowym swetrze po wujku. ten czerwiec już nie jest zrozpaczony. sama nie wiem natomiast jaki jest.
w każdym razie lato zaczęło się oficjalnie w niedzielę. siedziało się na psiej górce, wśród koniczyny, głównie białej ale też trochę różowej. paznokcie były niebieskie pod kolor kratki na kurtce. świeciło słońce, zadzwonił przyjaciel, wokół biegały psy. tak sobie spokojnie upływał dzień, aż do wieczora, kiedy okazało się, że mam przyjąć pod swój dach nowego mieszkańca – kawkę, ochrzczoną natychmiast (z oczywistych przyczyn) – Franz.
Franz trafił do mnie o 23:00 i trochę zaingerował w (nie)porządek mojego życia. od teraz skupiało się ono głównie na cogodzinnym karmieniu i zmienianiu gazet w klatce.
Franz ma ponadto słodki dziobek i w ogóle jest całkiem miłym ptakiem.
a więc czas zaczął upływać na wpychaniu pokarmu do tego słodkiego dziobka, ale też na szyciu oraz promowaniu projektu do budżetu partycypacyjnego. w ogóle w ostatnim czasie stałam się osobą od robienia, załatwiania i wieszania różnych ogłoszeń. tak było i teraz.
potem przyszedł trzeci dzień lata, który był szary i mokry, a ja miałam obsesyjny lęk, że łapie mnie jakaś infekcja. obsesyjność jego wynikała z faktu przechorowania całej niemal zimy i na myśl o kolejnym dziadostwie mnie skręcało.
na szczęście nic się nie stało i następny dzień znów był całkiem normalny i pogodny.
a dziś z kolei nowa odmiana – na jeden dzień stałam się dogsitterką, niańcząc przez 10 godzin rozkosznego, młodego beagle. za tłusty hajs. tym sposobem liczba moich źródeł dochodów wzrosła o jeden i tym samym straciłam rachubę. w każdym razie Omen był słodki choć absorbujący. niestety dziś również mieliśmy ostatnią lekcję angielskiego w tym roku szkolnym, co jest przykre, bo odchodzi mi tym samym lwia część interakcji międzyludzkich jakie do tej pory miałam.
niemniej, ostatnie dni zaliczam do dobrych. gdybym jeszcze nie była uzależniona od internetu i nie miała kilku trosk, które gdzieś tam stale z tyłu głowy się odzywają, to wogle byłoby ojej.

*

Coś bym napisała, zgodnie z (niewypowiedzianą) obietnicą. Tylko w głowie trochę pustka. Dlaczego pustka? bo 21 dochodzi, kończy się dzień, bo senność ogarnia, bo wraz z czerwcem przyszły upały, bo dzień był pracowity, bo ręce już ledwie żywe od nadmiaru precyzyjnych zadań, którym ostatnio muszą sprostać. bo samotność, bo zamknięcie w sobie, ale zarazem bliskość i ciągłe doświadczanie Niewidzialnego.
Od kilku dni nowe studium, z moją wielką, czarną, oprawioną w skórę biblią „spirit filled life bible”. Dużo przypisów, komentarzy i wskazówek. I zadziwianie się na nowo potęgą miłości, tak nieskończenie potężnej, a zarazem tak nieskończenie pokornej.
wczoraj była przepiękna pełnia księżyca. idę zobaczyć, jaka będzie dzisiaj.

*

jakoś tak prawie rok minął.
piszę na prośbę mojego drogiego przyjaciela. a że przyjaciół mam tak malutko, to ich prośby są dla mnie cenne.
mi też brakuje naszych rozmów, prawdziwych, niepowtarzalnych, oprawionych w krajobrazy tak dobrze nam znane, że nieobce nawet w całkowitych ciemnościach. oby jeszcze kiedyś było nam dane.
tymczasem zadowolę się monologiem, a jeśli czytanie go zmniejszy chociaż trochę któryś z dołów jakie Ci się zdarzają, to warto poświęcić mój (nie tak znów cenny) czas.
dziś krótko napiszę, bo koniec tygodnia i zarazem koniec miesiąca niesie ze sobą mnóstwo spraw, część wymagających załatwienia, a część chcę po prostu załatwić aby nie zabierać ich w nowy miesiąc.
jak jest po części już wiesz. właściwie nieźle. ale niepewnie i ta niepewność bywa męcząca. jednak na dzień dzisiejszy nic mi nie brakuje. gdy wydam ostatnią złotówkę, wkrótce pojawia się następna. gdy mi zimno, otrzymuję ciepło. gdy potrzebuję zajęcia, dostaję je. każdy dzień jest świadectwem prawdziwości jednej z setek Bożych obietnic zawartych w Biblii, a mianowicie:
„A Bóg mój według swego bogactwa zaspokoi wspaniale w Chrystusie Jezusie każdą waszą potrzebę.” Flp 4.19
nie we wszystkich kwestiach mam taką samą ufność. nie potrafię się jeszcze nie martwić o nic. ale ostatni rok nauczył mnie nie martwić się o odległą przyszłość. wiele wieczorów ubiegłego lata spędziłam we łzach, bojąc się rozpaczliwie tego co ma nadejść. ale moje przewidywania kompletnie rozminęły się z rzeczywistością. nie to, że jest super, ale jednak nic nie wyglądało i nie wygląda tak, jak widziałam to w moich ponurych wizjach.
jestem w sumie dość zajęta. w 90% czas upływa mi w samotności, ale staram się o tym nie myśleć. włączam muzykę i szyję. za dnia bardziej energetyczną – radio na spotify, np. Chris Tomlin, wieczorem spokojniejszą – np. składanka hillsong acoustic session na youtube (pięknie). chodzę czasem na spacery, tylko że teraz sama. choć smycz nadal wisi w przedpokoju. jeśli mogę komuś pomóc – staram się to robić. i generalnie mam poczucie, że coś zmienia się we mnie.
będę kończyć, bo obowiązki wzywają a senność morzy. następnym razem chyba będzie bardziej konkretnie. ;)

*

Z nadzieją jest tak, że kiedy już zakiełkuje w człowieku, nie jest on w stanie jej zabić. są wtedy tylko trzy możliwości. może się wypełnić, a to oznacza szczęście. może odejść, jeśli pragnienia zmienią się i przestaje być potrzebna. a może też zostać zabita, przez kogoś, przez coś, przez życie, ale wtedy razem z nią zabite zostaje też coś w człowieku. lub on sam.

*

niesamowite. udało mi się w końcu zalogować na bloga. po takim czasie zapewne i tak już nikt tu nie wchodzi. jednak sama dla siebie i przez sentyment do tego miejsca nie chcę zostawiać go w stanie otwartym, niedokończonym… porzuconym.
porzuconym – jak ja teraz.
nigdy mnie tak nie bolało. a zarazem, paradoksalnie, nigdy chyba nie byłam aż tak otoczona miłością ze wszystkich stron – i dziękuję za to moim przyjaciołom. codziennie mogę na nich liczyć, sprawiają, że się uśmiecham, przypominają mi kim i jaka jestem. w miejscu poniżenia, biorą za rękę i podnoszą, indoktrynując mnie niemalże prawdami na temat mojej godności i piękna.
tyle we mnie lęku o przyszłość.

*

Dzisiaj, jak przed kilkoma laty, nie mogę jeść, nie mogę spać…a jednak nie tak samo. W spokojną egzystencji po-obronowej, czasie odpoczynku po tym co było i przed tym co będzie, wdarło się tsunami, które zalewa, niszczy, dławi i dewastuje. Staram się przeżyć.

*

Wiele się działo przez ostatni (ponad) miesiąc. I trudne rzeczy, i miłe, i takie które po prostu wymagają wysiłku i zrobienia. Do tych trudnych na pewno należało pożegnanie psa, który był ze mną przez ostatnie naście lat. Wprawdzie jego zły stan ułatwiał to nieco, bo było to zakończenie jego cierpienia, niemniej jednak, to nie są łatwe chwile. Z jednej strony jest ulga, z drugiej ból i pustka, i jak zwykle w takich sytuacjach zaczyna się doceniać rzeczy, których nie doceniało się wcześniej.
Trzy tygodnie temu pojawiła się Suzi, i mam możliwość oglądać ten proces, kiedy pies porzucony, stłamszony i bezpański znajduje swój dom i zaczyna powoli rozkwitać, ośmielać się, wykazywać coraz mniej apatii, a coraz więcej radości. I zaraża tą radością jak tylko potrafi.
A w tym wszystkim cały czas pozostają rzeczy, które należy zrobić i skończyć, jak praca magisterska i praktyki w szkole. Jednak chociaż powoli, wszystko posuwa się do przodu i już wkrótce zamknę kolejne drobne życiowe etapy.

*

Nie było notki w poniedziałek, bo zajęta. A właściwie nie tyle tak naprawdę zajęta, co mam beznadziejną organizację czasu.
Miło było zacząć znów chodzić na wykłady, zwłaszcza, że z własnej woli a nie dla spełnienia wymogów danego roku studiów. Zaczęłam też praktyki w szkole, czyli ostatni już etap do uzyskania uprawnień pedagogicznych.
A teraz sobie leżę, boli mnie wszystko, bo chyba zaczyna mi się grypa, i jest mi smutno. Smutno też dlatego bo planuję uśpienie psa i staram się z tym oswoić. Ale nie wiem czy się da z tym oswoić.

*

Wracając do wątku sprzed tygodnia, bo jednak nie daje mi to spokoju. Mianowicie zastanawiam się czy jestem normalna. Mieszkam w moim mieszkaniu niecałe dwa lata. Bilans na dziś to: zniszczone (przez psa) drzwi do pokoju, pogryzione (przez szczury) zasłony, zepsuty odkurzacz (gwarancja w tym przypadku nie działa), zepsuta roleta, zepsuta pralka (kilkukrotnie, aż do wymiany na nową), palnik w kuchence który przestał działać, piekarnik który się rozsypał (chociaż działa nadal), aparat który przestał działać ot tak sobie, pralka która zapsuła się całkiem, cieknący kibel, cieknąca umywalka wymieniona na nową (nowa jeszcze działa), cieknący (źle zamontowany) zlew, wszystkie baterie (krany) w domu uszkodzone, jeden blat w kuchni obłazi (do wymiany), do tego liczne miejsca w całym domu do odmalowania na biało, komputer odmówił współpracy w wielu kwestiach, przepalił się sznur od tostera, okap kuchenny działa fatalnie od początku, ekspres do kawy miał kilka problemów, ale jeszcze daje radę, łazienka rozwalona po wymianie instalacji (starej i zardzewiałej) czeka na trzeciego z kolei pana, który ma ją poskładać, a dziś przyszło kupione przez internet krzesło, które miało mi ograniczyć cierpienie siedzenia przed komputerem, ale jest uszkodzone, więc cierpienia – do czasu rozpatrzenia reklamacji – nie ograniczy. I to chyba jakoś tak przepełniło czarę i skłoniło do tych ponurych podsumowań.

To teraz trzeba spojrzeć pozytywnie na to wszystko co się do tej pory nie zepsuło – w sumie jest jeszcze kilka takich rzeczy, a tak w ogóle to może to jest normalne, tylko ja nie przywyczajona, i wcale nie jest tak, że wszystko czego się dotknę jest skazane na rozkład, tylko taki chłam teraz produkują, a jest szansa, że może niedługo wyrobię jakąś normę statystyczną awarii i nastąpi kilka lat spokoju. Tak. Jest dobrze. Z uśmiechem na twarzy wracam do swoich zajęć.