Kategorie

  • Brak kategorii

*

Ostatni dzień sierpnia. Kiedy to lato zeszło? Trochę taki czas na refleksję. Zresztą to ostatnie wakacje, kiedy mój wiek zaczyna się od dwójki.
Czy mi z tego powodu żal? średnio. Ostatnia dekada mojego życia była fatalna. Chociaż stało się trochę dobrych rzeczy, i to nawet dużych, to zarazem ilość tych złych i przykrych jest przytłaczająca. Mnóstwa rzeczy żałuję. Bardzo wiele straciłam. Bardzo dużo się też nauczyłam, chociaż bez niektórych lekcji wolałabym się obyć.
Mogę mieć nadzieję, że następna dekada będzie tylko lepsza. Chociaż na samej nadziei nie zamierzam się opierać, ale z całych sił się do tego przyczynić.
Ostatni rok wydaje się być najlepszym czasem z tego całego okresu. O ile do tej pory życie staczało się po równi pochyłej by osiągnąć stan wręcz nieznośny, o tyle od roku tendencja jest jakby powoli powoli ku górze.. ku lepszemu znaczy.
A jak jest na dzień dzisiejszy? W pewnym sensie spełnia się moje marzenie sprzed wielu lat: jestem hostem można by rzec na pełen etat, w ciągu ostatnich miesięcy przyjmowałam gości niemal z każdego kontynentu (brakuje mi jeszcze tylko Ameryki Południowej). Mój kalendarz jest prawie całkiem zapełniony rezerwacjami. A ciągle mam pomysły co zrobić, by zapełnić go jeszcze bardziej.
Coraz lepiej szyję. Nigdy nie sądziłam, że będę mogła na tym coś zarobić – a jednak. Bardzo dużo muszę się jeszcze nauczyć, ale jak pomyślę jakie postępy zrobiłam przez ostatni rok..
Te minione dziesięć lat to też okres ciągłych problemów ze zdrowiem. Kilka lat temu zachorowałam na mononukleozę i nie sądziłam chyba wtedy, że jeszcze przez lata będę odczuwać tego konsekwencje w postaci drastycznego spadku odporności i siły. Tu również ostatni rok przyniósł wreszcie poprawę – przestałam chorować i czuję się znacznie, znacznie lepiej.
Odkryłam, że najszczęśliwsze dni dla mnie to te, kiedy mogę być komuś potrzebna. Na szczęście takich dni jest sporo.
Dziś zbieram w sobie siły i motywacje na nadchodzący nowy sezon. Mam dużo ambicji, ale jakie będą efekty to dopiero się okaże. Nie poddaję się.

*

Zastanawiam się, czy może być tak, że coś boli już do końca życia i nigdy tak naprawdę nie przestaje.

Ale żeby napisać też coś dobrego: parę dni temu usłyszałam słowa, które tak bardzo bardzo chciałam usłyszeć! <3

*

wow. tyle czasu minęło? ciekawie jest poczytać stare wpisy.
ostatni mój wpis przypadł na przełomowy moment. chociaż chyba dopiero teraz, z perspektywy czasu widzę, jak bardzo przełomowy. Był to koniec bardzo przykrego i trudnego roku, chorych relacji i niszczących emocji. Zaczął się czas spełniających się małych marzeń (choć i wielu wątpliwości, trudności i niewiadomych).
Pamiętam, że gdy wchodziłam na tą drogę, pytałam się Tego-Który-Wszystko-Wie o zdanie. Nie chciałam popełnić kolejnego błędu, których w moim życiu i tak było zdecydowanie za dużo. Dostałam wtedy jasną i wyraźną odpowiedź, że tak, że to jest to. Że wyjdzie mi to na dobre.
I wychodzi mi na dobre. Pod niektórymi względami stało się to od razu. Inne rzeczy dzieją się powoli i stopniowo. Zdarza mi się czuć taka szczęśliwa. Zdarza mi się, że moja nadzieja na to, że „wszystko będzie dobrze”, jest naprawdę duża. Chociaż czasami, gdy uświadamiam sobie jak długa droga jest do tego, aby „wszystko było dobrze” to czuję się podłamana i trudno mi uwierzyć, że to kiedykolwiek nastąpi. Myślę, że nie warto wybiegać za bardzo myślami w przyszłość (bo już nauczyłam się, jak jest nieprzewidywalna), a skupić się na tym co tu i teraz, na każdym małym kroczku w dobrą stronę.
Kocham i jestem kochana w sposób inny niż wszystko czego doświadczyłam do tej pory.

*

ale się porobiło.
ale się porobiło…
zdaje się, że moje życie nie było do tej pory wystarczająco skomplikowane i postanowiło się jeszcze trochę zakręcić. i nie mam kompletnie pojęcia co dalej. tylko chyba na szczęście nie muszę mieć…
grunt, że jest lato. grunt, że są ciepłe wieczory, wypełnione świergotem jerzyków. latem wszystko jest lżejsze, jest trochę łatwiej. a to lato będzie wreszcie dobre, bo tak postanowiłam. nie będzie jak trzy ostatnie lata – złe i smutne. ono będzie dobre, aż do końca. a nawet jeśli będzie smutek, to będzie tylko domieszką, do całego koktajlu emocji, w większości pozytywnych. ten koktajl ma być słodki. koniec kropka.

*

ah w końcu! codziennie noszę się z myślą, że trzeba w końcu usiąść i napisać, ale za każdym razem robi się za późno i przekładam to na kolejny dzień. ale nie tym razem :)
a to wszystko dlatego, że lato zaczęło się w taki ciekawy sposób i ciągle się coś dzieje. no, wcześniej jeszcze był ostatni dzień wiosny i piknik, a potem ulewa, a potem już przyszło lato. to znaczy przyszło w kalendarzu, bo chyba nie można nazwać latem okresu, kiedy człowiek ciągle marznie i nie może założyć szortów. ale pamiętam, że czerwiec rok temu wyglądał podobnie. wtedy byłam maksymalnie zrozpaczona, to był najgorszy czas w moim życiu i dlatego też go zapamiętałam. chodziłam wtedy ciągle w grubym, brązowym swetrze po wujku. ten czerwiec już nie jest zrozpaczony. sama nie wiem natomiast jaki jest.
w każdym razie lato zaczęło się oficjalnie w niedzielę. siedziało się na psiej górce, wśród koniczyny, głównie białej ale też trochę różowej. paznokcie były niebieskie pod kolor kratki na kurtce. świeciło słońce, zadzwonił przyjaciel, wokół biegały psy. tak sobie spokojnie upływał dzień, aż do wieczora, kiedy okazało się, że mam przyjąć pod swój dach nowego mieszkańca – kawkę, ochrzczoną natychmiast (z oczywistych przyczyn) – Franz.
Franz trafił do mnie o 23:00 i trochę zaingerował w (nie)porządek mojego życia. od teraz skupiało się ono głównie na cogodzinnym karmieniu i zmienianiu gazet w klatce.
Franz ma ponadto słodki dziobek i w ogóle jest całkiem miłym ptakiem.
a więc czas zaczął upływać na wpychaniu pokarmu do tego słodkiego dziobka, ale też na szyciu oraz promowaniu projektu do budżetu partycypacyjnego. w ogóle w ostatnim czasie stałam się osobą od robienia, załatwiania i wieszania różnych ogłoszeń. tak było i teraz.
potem przyszedł trzeci dzień lata, który był szary i mokry, a ja miałam obsesyjny lęk, że łapie mnie jakaś infekcja. obsesyjność jego wynikała z faktu przechorowania całej niemal zimy i na myśl o kolejnym dziadostwie mnie skręcało.
na szczęście nic się nie stało i następny dzień znów był całkiem normalny i pogodny.
a dziś z kolei nowa odmiana – na jeden dzień stałam się dogsitterką, niańcząc przez 10 godzin rozkosznego, młodego beagle. za tłusty hajs. tym sposobem liczba moich źródeł dochodów wzrosła o jeden i tym samym straciłam rachubę. w każdym razie Omen był słodki choć absorbujący. niestety dziś również mieliśmy ostatnią lekcję angielskiego w tym roku szkolnym, co jest przykre, bo odchodzi mi tym samym lwia część interakcji międzyludzkich jakie do tej pory miałam.
niemniej, ostatnie dni zaliczam do dobrych. gdybym jeszcze nie była uzależniona od internetu i nie miała kilku trosk, które gdzieś tam stale z tyłu głowy się odzywają, to wogle byłoby ojej.

*

Coś bym napisała, zgodnie z (niewypowiedzianą) obietnicą. Tylko w głowie trochę pustka. Dlaczego pustka? bo 21 dochodzi, kończy się dzień, bo senność ogarnia, bo wraz z czerwcem przyszły upały, bo dzień był pracowity, bo ręce już ledwie żywe od nadmiaru precyzyjnych zadań, którym ostatnio muszą sprostać. bo samotność, bo zamknięcie w sobie, ale zarazem bliskość i ciągłe doświadczanie Niewidzialnego.
Od kilku dni nowe studium, z moją wielką, czarną, oprawioną w skórę biblią „spirit filled life bible”. Dużo przypisów, komentarzy i wskazówek. I zadziwianie się na nowo potęgą miłości, tak nieskończenie potężnej, a zarazem tak nieskończenie pokornej.
wczoraj była przepiękna pełnia księżyca. idę zobaczyć, jaka będzie dzisiaj.

*

jakoś tak prawie rok minął.
piszę na prośbę mojego drogiego przyjaciela. a że przyjaciół mam tak malutko, to ich prośby są dla mnie cenne.
mi też brakuje naszych rozmów, prawdziwych, niepowtarzalnych, oprawionych w krajobrazy tak dobrze nam znane, że nieobce nawet w całkowitych ciemnościach. oby jeszcze kiedyś było nam dane.
tymczasem zadowolę się monologiem, a jeśli czytanie go zmniejszy chociaż trochę któryś z dołów jakie Ci się zdarzają, to warto poświęcić mój (nie tak znów cenny) czas.
dziś krótko napiszę, bo koniec tygodnia i zarazem koniec miesiąca niesie ze sobą mnóstwo spraw, część wymagających załatwienia, a część chcę po prostu załatwić aby nie zabierać ich w nowy miesiąc.
jak jest po części już wiesz. właściwie nieźle. ale niepewnie i ta niepewność bywa męcząca. jednak na dzień dzisiejszy nic mi nie brakuje. gdy wydam ostatnią złotówkę, wkrótce pojawia się następna. gdy mi zimno, otrzymuję ciepło. gdy potrzebuję zajęcia, dostaję je. każdy dzień jest świadectwem prawdziwości jednej z setek Bożych obietnic zawartych w Biblii, a mianowicie:
„A Bóg mój według swego bogactwa zaspokoi wspaniale w Chrystusie Jezusie każdą waszą potrzebę.” Flp 4.19
nie we wszystkich kwestiach mam taką samą ufność. nie potrafię się jeszcze nie martwić o nic. ale ostatni rok nauczył mnie nie martwić się o odległą przyszłość. wiele wieczorów ubiegłego lata spędziłam we łzach, bojąc się rozpaczliwie tego co ma nadejść. ale moje przewidywania kompletnie rozminęły się z rzeczywistością. nie to, że jest super, ale jednak nic nie wyglądało i nie wygląda tak, jak widziałam to w moich ponurych wizjach.
jestem w sumie dość zajęta. w 90% czas upływa mi w samotności, ale staram się o tym nie myśleć. włączam muzykę i szyję. za dnia bardziej energetyczną – radio na spotify, np. Chris Tomlin, wieczorem spokojniejszą – np. składanka hillsong acoustic session na youtube (pięknie). chodzę czasem na spacery, tylko że teraz sama. choć smycz nadal wisi w przedpokoju. jeśli mogę komuś pomóc – staram się to robić. i generalnie mam poczucie, że coś zmienia się we mnie.
będę kończyć, bo obowiązki wzywają a senność morzy. następnym razem chyba będzie bardziej konkretnie. ;)

*

Z nadzieją jest tak, że kiedy już zakiełkuje w człowieku, nie jest on w stanie jej zabić. są wtedy tylko trzy możliwości. może się wypełnić, a to oznacza szczęście. może odejść, jeśli pragnienia zmienią się i przestaje być potrzebna. a może też zostać zabita, przez kogoś, przez coś, przez życie, ale wtedy razem z nią zabite zostaje też coś w człowieku. lub on sam.

*

niesamowite. udało mi się w końcu zalogować na bloga. po takim czasie zapewne i tak już nikt tu nie wchodzi. jednak sama dla siebie i przez sentyment do tego miejsca nie chcę zostawiać go w stanie otwartym, niedokończonym… porzuconym.
porzuconym – jak ja teraz.
nigdy mnie tak nie bolało. a zarazem, paradoksalnie, nigdy chyba nie byłam aż tak otoczona miłością ze wszystkich stron – i dziękuję za to moim przyjaciołom. codziennie mogę na nich liczyć, sprawiają, że się uśmiecham, przypominają mi kim i jaka jestem. w miejscu poniżenia, biorą za rękę i podnoszą, indoktrynując mnie niemalże prawdami na temat mojej godności i piękna.
tyle we mnie lęku o przyszłość.

*

Dzisiaj, jak przed kilkoma laty, nie mogę jeść, nie mogę spać…a jednak nie tak samo. W spokojną egzystencji po-obronowej, czasie odpoczynku po tym co było i przed tym co będzie, wdarło się tsunami, które zalewa, niszczy, dławi i dewastuje. Staram się przeżyć.